Zasób 1

Ochrona wolności słowa, czy też cenzura oraz inwigilacja? Przyglądamy się projektowi ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych cz. II

23p

Ostatnio pisaliśmy, że z początkiem lutego na portalu www.gov.pl opublikowany został projekt ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych opracowany przez ministerstwo sprawiedliwości. Omówiliśmy jego, naszym zdaniem, kontrowersyjne założenia, w tym wątpliwości co do niezależności Rady Wolności Słowa, mało realne terminy rozpatrywania spraw oraz niską skuteczność nakładanych na serwisy społecznościowe kar. To jednak nie wszystko. Poniżej omawiamy jeszcze kilka niuansów, które pojawiły się w projekcie ustawy.

Prokurator może więcej

Warto jeszcze zwrócić uwagę, na to że projekt ustawy nadaje prokuratorowi dość szerokie uprawnienia, a mianowicie:

  • w przypadku stwierdzenia wystąpienia treści o charakterze przestępnym, prokurator może zwrócić się do usługodawcy lub przedstawiciela w kraju o nadesłanie potrzebnych informacji, w szczególności dotyczących danych określających użytkownika oraz publikacji zamieszczonych w internetowym serwisie społecznościowym;
  • w przypadku stwierdzenia, że treści o charakterze przestępnym zawierają publikację z treściami pornograficznymi z udziałem małoletniego lub treściami, które pochwalają lub nawołują do popełnienia czynów o charakterze terrorystycznym albo że dalszy dostęp do tej publikacji stwarza niebezpieczeństwo wyrządzenia znacznej szkody lub spowodowania trudnych do odwrócenia skutków, prokurator wydaje niezwłocznie postanowienie, w którym nakazuje usługodawcy uniemożliwienie dostępu do tych treści.


Nasuwa się pytanie czy aby nie są to zbyt szerokie uprawnienia? Należałoby uznać te wątpliwości za słuszne jeżeli uświadomimy sobie, iż w projekcie ustawy przewidziano możliwość złożenia zażalenia do sądu, ale tylko odnośnie drugiego z ww. przypadków, tym samym nie ma sądowej kontroli nad żądaniami prokuratora o dostęp do danych użytkownika oraz publikowanych przez niego treści w serwisie.

„Ślepym pozwem” w anonimowych hejterów

Internet jest medium za pomocą, którego komunikujemy się ze sobą, wymieniamy poglądy na forum mniej lub bardziej publicznym. Z uwagi na poczucie anonimowości i bezkarności w wirtualnym świecie użytkownicy pozwalają sobie na więcej przy wyrażaniu swoich ocen i opinii, co często prowadzi nie tylko do przekroczenia granic dobrego smaku i dozwolonej krytyki, ale również skutkuje złamaniem prawa w postaci naruszenia dóbr osobistych, np. czyjegoś dobrego imienia lub godności. Dlatego też za pozytywne należy uznać pomysł polegający na wprowadzeniu do polskiego systemu prawnego tzw. ślepych pozwów.

Wytaczając przeciwko komuś powództwo w standardowym pozwie trzeba wskazać imię, nazwisko oraz adres zamieszkania pozwanego. Bez uzupełnienia tych danych sąd zwróci taki wybrakowany pozew. Natomiast dzięki instytucji „ślepego pozwu”, która jest swoistego rodzaju procedurą cywilną nie trzeba wskazywać tych danych, gdyż sąd samodzielnie będzie starał się je pozyskać od właścicieli serwisów internetowych. W pozwie wystarczy podać informacje pośrednio wskazujące pozwanego, w szczególności serwis internetowy, w którym dopuszczono się naruszenia dóbr osobistych, a także nazwę profilu lub login sprawcy. Do momentu rozpoznania „ślepego pozwu” sąd będzie mógł nakazać serwisowi uniemożliwienie dostępu do spornej publikacji. Jeżeli sądowi nie uda się ustalić dany osobowych pozwanego, to postępowanie według projektu ma ulegać umorzeniu.

Pewnym minusem tego rozwiązania są relatywnie wysokie koszty. Opłata od „ślepego pozwu” ma wynosić 1000 zł, co może zdecydowanie ograniczyć obywatelom korzystanie z tej procedury. Dotyczyć to może w szczególności przypadków, gdy osoba poszkodowana będzie chciała dochodzić swoich praw od kilku lub kilkunastu anonimowych hejterów, którzy niezależnie od siebie skomentowali w obraźliwy albo wulgarny sposób jej zdjęcie lub wpis. W takiej sytuacji opłata sądowa może znacząco utrudniać dochodzenie swoich praw.

Serwis kończy działalność a Państwo przejmuje dane jego użytkowników

Na koniec nie sposób pominąć dość kontrowersyjnego przepisu, który znalazł się w projektowanej ustawie. Otóż zgodnie z art. 18 ust. 2 tejże ustawy: „W przypadku zaprzestania prowadzenia działalności przez usługodawcę, ma on obowiązek przekazania Prezesowi UKE danych, o których mowa w art. 18 ustawy z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, do dalszego przechowywania, udostępniania oraz ochrony.”

Potencjalnie dane użytkowników, o których mowa powyżej to m.in.: imiona, nazwiska, nr PESEL, adresy zameldowania, adresy korespondencyjne, adresy poczty elektronicznej, a także tzw. dane eksploatacyjne, w szczególności: dokładny czas (co do sekundy) każdego połączenia się użytkownika z serwisem społecznościowym, adres IP użytkownika, informacje o zakończeniu oraz zakresie każdorazowego skorzystania z usługi świadczonej drogą elektroniczną. W projekcie przewidziano obowiązek, że każdy usługodawca w rozumieniu ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną (np. sklep internetowy, który prowadzi dla swoich klientów konta internetowe) musi przechowywać na swój koszt te dane eksploatacyjne przez okres 12 miesięcy, licząc od dnia połączenia.

Jeżeli dojdzie do sytuacji, gdy duży serwis społecznościowy będzie kończył swoją działalność w Polsce, to Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej „w spadku” otrzyma bardzo szeroki zakres danych osobowych. Projektowana ustawa nie precyzuje jak długo Prezes UKE będzie mógł przechowywać te dane, komu (służbom czy też użytkownikom) i na jakich zasadach dane będą udostępniane, a przede wszystkim nie wskazano konkretnego celu i uzasadnienia dlaczego państwo polskie ma mieć dostęp do takich baz danych. Przepis jest nietransparentny, może stanowić pole do nadużyć i godzić w konstytucyjne prawo do prywatności.

Nasuwają się również pytania o zgodność tak sformułowanych przepisów z prawem unijnym, w szczególności z podstawowymi zasadami wyrażonymi w RODO, tj. z zasadą:

– zgodności z prawem, rzetelności i przejrzystości (art. 5 ust. 1 lit. a RODO),

– ograniczania celu (art. 5 ust. 1 lit. b RODO),

– minimalizacją danych (art. 5 ust. 1 lit. c RODO).

Wydaje się, że zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby zobowiązanie usługodawców do umożliwienia samym użytkownikom pobrania swoich danych osobowych.

Podsumowanie

Wyjście z inicjatywą prawnego uregulowania pewnych kwestii związanych z korzystaniem z internetu należy uznać za krok w dobrą stronę.

Wartościowym pomysłem jest wprowadzenie instytucji „ślepego pozwu” jako środka prawnej ochrony przed hejterami. Niestety inne proponowane rozwiązania mogą okazać się albo nieskuteczne, jak np. próba zmuszenia globalnych gigantów technologicznych do przestrzegania polskiego prawa, albo mogą zagrażać naszemu prawu do prywatności, np. dostęp prokuratora do danych osobowych użytkowników serwisu bez kontroli sądu oraz przejęcie przez Prezesa UKE bazy danych po zamknięciu serwisu.

Zaproponowany projekt wymaga z pewnością jeszcze przemyślenia i dopracowania, tym bardziej, że UE pracuje nad podobnymi przepisami, które w przyszłości mogą okazać się sprzeczne z tymi opracowanymi przez ministerstwo sprawiedliwości.

Zadaj nam pytanie